|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Strony, od których jestem uzależniona bardziej lub mniej
Tagi
|
wtorek, 18 października 2011
Uwielbiam próbować, kosztować, delektować się, odkrywać nowe smaki i powracać do tych dobrze znanych. Świat zwiedzam smakiem, to zdecydowanie najostrzejszy i najczulszy z moich zmysłów. Od ulicznych stoisk do luksusowych lokali i nie dam sobie wmówić, że gotowanie to przyjemność jaką daje mi stołowanie się! Barcelona z początku nieco mnie rozczarowała kulinarnie. Knajpki nastawione są w znaczniej mierze na turystów i niestety oferują jedynie znośne jedzenie. Wystarczy jednak dłuższy spacer i ucieczka ze średniowiecznej dzielnicy Barri Gotic w kierunku Gracia, by odkryć katalońską kuchnię. Daleko jej do finezji, ale opiera się ona na prostych, ale dobrych jakościowo składnikach, głównie mięsach. Popularnym dodatkiem jest pan con tomate, czyli podpieczona kromka chleba z roztartym na niej pomidorem, dobrze komponuje się z królikiem i jagnięciną. Danie główne warto poprzedzić przekąskami oraz uzupełnić sałatą i winem. Poza specjałami katalońskimi tutejsze knajpki oferują duży wybór dań hiszpańskich bazujących na owocach morza na czele z paellą, ośmiornicą po galicyjsku, smażonymi, panierowanymi krążkami kalmarów, najsmaczniejsze są w dzielnicy portowej. Na tapas, czyli przekąski, najlepiej wybrać się do małej knajpki chętnie odwiedzanej przez mieszkańców Barcelony. Dobrą rekomendacją będzie duża świńska noga, czyli dojrzewająca szynka jamon iberico. Cieniutkie, aromatyczne plastry na świeżym pieczywie lub z melonem.
Nieco gorzej ma się różnorodność kulinarna. Choć najpopularniejszym drinkiem jest kubańskie mohito, a nie sangria, zaś nocną przekąską bułka z parówką frankfurterką, mało jest tu restauracji azjatyckich czy południowoamerykańskich. Wyszperałam jednak prawdziwą perełkę czyli cukiernię z przysmakami rodem z Bliskiego Wschodu. Oferuje ona sprzedawane na wagę ultrasłodkie łakocie pełne orzechów, migdałów, sezamu, daktyli i miodu. Palce lizać! Mam zamiar też skosztować kuchni perskiej! Mimo wielu nowości dopadły mnie też sentymenty. Śnię po nocach o rodzimych zimnych nóżkach, a także żurku. Z portugalskich wakacji nie opuszczają mnie wspomnienia o doskonałych świeżych rybach, najlepszej ośmiornicy a przede wszystkim przysmaku dla odważnych percebes. Tęsknię też za rozmaitością rodem z Chinatown. Tajskie pad see you, malezyjskie curry z kałamarnicy, chiński kociołek czyli ugotuj sobie sam czy choćby sushi, ale spod japońskiego noża. Tęskno mi też do creme brulee w paryskiej kafejce!
A Wy zwiedzacie smakiem?
sobota, 01 października 2011
Od ostatniego wpisu wiele się zmieniło. Po pierwsze znów jestem po tej stronie Atlantyku. Ze szpanerskim CV w kieszeni, bogatsza w doświadczenia, silniejsza, gotowa na nowe wyzwania. Nie wiem jednak jak potoczy się tutaj życie zawodowe i prywatne. Ostatnich kilka miesięcy pobytu w Bostonie było wypełnione naprawdę satysfakcjonującą pracą niemal bez wytchnienia. Intensywna praca nad artykułem, aplikacje na studia doktoranckie i kilkudniowe wypady do Europy na rozmowy kwalifikacyjne. Czas pełen pracy, stresu i niepewności. Z drugiej strony okres twórczy, a jego owoce widać dziś. Najważniejszym i najsłodszym jest pierwsza w dorobku publikacja z moim nazwiskiem, w dodatku w dobrym czasopiśmie. Artykuł pomaga w odpowiedzi na pytanie czy moje myszy będą mnie pamiętać?
W takim momencie wszystkie trudy i ciężkie chwile zostają nagrodzone i osłodzone.
Kolejnym sukcesem jest otrzymanie prestiżowego stypendium na studia doktoranckie w Barcelonie. Nie jest to stypendium rządowe, lecz prywatne z fundacji La Caixa. Co roku fundacja współpracując z czterema ośrodkami badawczymi w Hiszpanii w ramach międzynarodowych programów doktoranckich przyznaje 40 stypendiów dla studentów z Hiszpanii i z poza jej granic.
Zatem na cztery lata Barcelona stała się moim nowym domem, a IRB moim nowym miejscem pracy, to natomiast jest moja nowa grupa badawcza. Zdjęcie jest trochę nieaktualne, bo po pierwsze nie ma na nim mnie, ale są za to dwie studentki, które obroniły się tej jesieni i odeszły z instytutu kontynuować karierę za granicą lub w przemyśle. Grupa jest międzynarodowa, katalońsko–hiszpańsko-serbsko-polska. Językami wiodącymi są kastylijski, kataloński, angielski i czasami można usłyszeć serbski. Przede mną cała seria nowych wyzwań a przyszłość jest pełna niewiadomych. Mam nadzieję, że moi internetowi przyjaciele będą mi towarzyszyć w doli i niedoli. Oczywiście nie obiecuję regularnych wpisów :P
sobota, 26 lutego 2011
Na krótkie wakacje w Seattle zostałam namówiona, dość skutecznie, za pomocą filmu pt. „Singles”, (który serdecznie polecam, wskazując dobre kreacje aktorskie Brigdet Fondy i Matta Dillona, dobrą muzykę oraz zabawną fabułę). Do tej pory miasto kojarzyło mi się raczej z „Bezsennością w Seattle” i wydawało się mdłe, deszczowe i nudne. W jakim wielkim błędzie żyłam przekonałam się wkrótce po wylądowaniu. Jest to miasto muzyki, barów, kawy, dobrego jedzenia i ryb. A wygląda tak: Seattle zaskoczyło mnie tym, że: padało tylko raz i było cieplej niż w Bostonie, tu powstał pierwszy Starbucks (w 1971 roku, pierwsza kawiarnia istnieje do dziś), stąd też pochodzi firma Boeing i do dziś produkowane są tu samoloty oraz to, że autobusy w centrum są za darmo (w Ameryce cokolwiek za darmo?). Ale przede wszystkim to, że miejsce to ma magiczne właściwości wydające na świat muzyków takich jak Jimi Hendrix (polecam zwiedzenia muzeum muzyki) oraz: W Seattle w nocy nie powinno się spać, a w zasadzie nie można (może stąd ta bezsenność), bo właśnie wtedy życie tętni. W parogodzinną podróż na południe polecam udać się do restauracji The New Orleans, gdzie jest dobra jazzowa muzyka na żywo, niecodzienna kreolska kuchnia i naprawdę dobre drinki. Miejscem wartym odwiedzenia jest też The Crokodile oferujący bardzo ciekawe koncerty doświadczonych i początkujących zespołów.
środa, 15 grudnia 2010
Czas przedświąteczny to czas wzmożonej aktywności, szczególnie kulinarnej. Przyznam się, że gotowanie na co dzień jednak totalnie sobie „odpuściłam” i przeszłam na żywienie zbiorowe w „stołówce” szpitala Brigham and Women. Dań do wyboru mam dużo, są tanie, niektóre nawet obfitują w warzywa (szczególnie bufet sałatkowy) inne w tłuszcz (frytki), jest też błyskawiczny poprawiacz humoru – pizza. Zatem samodzielną medytację nad kuchenką zaniechałam. Gdy ta jadłodajnia mi się znudzi, przerzucę się na inną. Zaoszczędzoną w ten sposób energię kulinarną mogłam zatem spożytkować na przygotowania około świąteczne. Na świąteczną imprezę upiekłam (zamiast tradycyjnej tarty mojej Rodzicielki) pierniczki, nawet w dwóch rodzajach. Pierwsze typowe pierniczki na melasie, dla których inspiracją była torebka z supermarketowej półki. Do zmieszanych i zapakowanych suchych składników wystarczyło dodać nieco więcej przypraw korzennych, jajko i sporo masła, następnie zagnieść i bawić się w wycinanie kształtów. Wychodziły aromatyczne, apetycznie brązowe i nieskałkowe. Drugie powstały po zmodyfikowaniu przepisu na kruche ciasteczka. Do zakupionego uprzednio miksu suchych składników dodałam przyprawy korzenne, miód i gorzką czekoladę oraz jajko i masło w ilościach zalecanych przez producenta. Piekły się dobrze, wyszły lekko czekoladowe i mocno cynamonowe, kruche i chrupiące.
Niemałą frajdę sprawiło mi też dekorowanie lukrem, dołączonym do jednego z ciasteczkowych zestawów (razem z foremkami). Efekty widać na zdjęciach. Walory smakowe zostały potwierdzone przez konsumentów, nie ostał się nawet jeden pierniczek (z pośród około 80 upieczonych). Pierniczki były pieczone z myślą o przedświątecznej zabawie w Świętego Mikołaja, coś w stylu swojskich mikołajek. Zdecydowanie nie była to popularna w kraju „pracowa wigilia”, gdyż impreza była skrupulatnie ogołocona ze wszelkich elementów religijnych. Za to odbyło się wręczanie prezentów – niespodzianek i quiz z wiedzy ogólnej. Quiz był fantastyczny, doskonale się bawili zarówno pracownicy, rodziny jak i dzieci. Tajemniczy darczyńcy pozostali sekretni przez około 30 minut i następnie rozpoczęła się druga część zabawy, czyli gra logiczna „kto był moim Mikołajem”, trwa ona do dziś. Ja wciąż nie wiem, kto wymyślił fantastyczny prezent dla mnie (a w zasadzie prezenty).
P.S Wiem, że moje pierniczki nawet w połowie nie są takie wspaniałe jak te corocznie wypiekane u Jagny.
środa, 03 listopada 2010
Ostatni słoneczny, ciepły i prawdziwie jesienny weekend spędziłam w Wietrznym Mieście, czyli Chicago. Nie zaprowadziły mnie tam sentymenty, tęsknota za Polską, lecz koniec końców zajadałam się kiełbasą, pierogami, plackami ziemniaczanymi i kiszoną kapustą podanymi ze śmietaną i musem jabłkowo-octowym, składnikami dania o nazwie Polski Sampler. Połączenie tych rodzimych składników wydawało się nieco egzotyczne, jednak Żywiec podniósł poziom zjadliwości dania. Chicago pokazało swoje przyjazne oblicze, nie wiało, a w powietrzu unosił się zapach czekolady, który pozostanie w pamięci na długo. Jako zwierzę miejskie zdecydowanie lepiej czuję się w metropoliach i nie potrafię albo nie chcę docenić piękna natury. Chicago jednak początkowo mnie przytłoczyło. Czułam się onieśmielona jego wielkością oraz wysokością budynków i hałasem pociągów. Zdecydowanie nie mogłabym tam zamieszkać. Muszę przyznać, że to jest typowo amerykańskie, prawdziwie wypasione mega miasto, które najlepiej jest podziwiać siedząc w kawiarni na 96 piętrze wieżowca. To miasto także ciekawe architektonicznie. Pocz ątkowo sprawiające wrażenie labiryntu, choć Nowy Jork bije je pod tym względem na głowę, pozwala się nieco okiełznać. Poza wieżowcami – batonami, dominującymi centrum miasta, można także spotkać formy nieco mniej kanciaste, a nawet opływowe, szczególnie spacerując w okolicach Millenium Park. Muszę przyznać, że Chicago wyjątkowo pięknie prezentuje się w jesiennej szacie barw, a moja dotychczasowa niechęć do szklanych konstrukcji zdecydowanie zniknęła, gdy zobaczyłam wieżowce w kolorze nieba. Uśmiech na twarzy także zawitał gdy zobaczyłam niekiełbasiany, polski akcent w postaci rzeźb rodaczki.
poniedziałek, 18 października 2010
...sylwiastka nadaje. Minęły już prawie 3 miesiące odkąd przyjechałam do Bostonu, 3 miesiące mojej pracy. Nie będę ukrywać, że jedną z niewątpliwych zalet pracowania jest możliwości wydawania zarobionej pensji. Bo tak, przyjemność z gromadzenia zer na kącie jest znacznie mniejsza od wymiany ich na towary. Boston dostarcza aż nadmiaru pokus i okazji do wydatków, trzeba mieć tylko na nie czas. Najchętniej kupuję przez Internet, bo zalet jest wiele: szybko, łatwo, niezależnie od pogody, a towar sam „puka” do drzwi. Aktualnie pukają do mnie ze sklepu Naturisimo kosmetyki ze składników naturalnych, a w drodze są objawy mojej zaawansowanej stanikomanii czyli Fauve Brianna oraz Lepel Deco Rose.
Na tradycyjne zakupy mam nieco mniej czasu, ale jak już do znajdę, to wyciskam, jak cytrynę! Oto moje łowy z ostatnich dwóch zakupowych wypadów. Przede wszystkim spódnica, z mojego największego odzieżowego odkrycia – marki LOFT oraz działu petite. Pod tą uroczą nazwą kryją się po prostu ubrania krótsze, w sam raz na mnie. Oczywiście są też „normalne”, czasem też długie oraz „krągłe” i plus size. Nie wszystkie te opcje są dostępne w obrębie tej konkretnej marki, lecz ich zdobycie nie graniczy z cudem, wręcz przeciwnie. Zatem punkt wyjścia stanowi jedwabna, plisowana spódnica w kolorze pudrowego różu z działu wyprzedaży. W tym samym dziale wyszukałam też pasujący, bawełniany top z ozdobnym naszyjnikiem wykończonym kokardą. Do tego czarny, bawełniany blezer z Urban Outfitters.
W Urban Outfitters pochodzi także granatowa, bawełniana sukienka. Zapewne z kolekcji letniej, ale ociepli ją trochę beżowy blezer ze swojskiego H&M.
Jedwab w składzie ma także granatowa bluzka o lekko romantycznym wyglądzie, także Urban Outfitters. Niezwykle podobają mi się nadrukowane szaro-pudrowe ptaszki. I czarny blezer też ujdzie. Nie mogłam się powstrzymać i nie uwiecznić, zwykłego zazwyczaj, elementu garderoby, czyli skarpetek. Prawda, że fajne?
To chyba na tyle wieści z bostońskiej szafy (i szafiarskiego debiutu). Czy podobają się Wam stylizacje?
niedziela, 03 października 2010
Może to wydać się niewiarygodne, ale kilka miesięcy temu byłam bardzo skupiona na skończeniu studiów i obronie pracy magisterskiej. Teraz chętnie wróciłabym na uczelnię i do okresu studenckiego. Zapewne dlatego, że kojarzy on mi się z błogostanem i złotą, ukochaną wolnością. Studia wspominam bardzo dobrze i uważam (a mogę być w tym poglądzie odosobniona), że dobrze przygotowały mnie do pracy w zawodzie. Za największą zaletę mojej wyższej edukacji uważam możliwość wyboru przez studenta ścieżki naukowej, rodzaju i godzin zajęć i dostosowania ich do własnych zainteresowań oraz różnorodne formy prowadzenia zajęć: wykłady, ćwiczenia, seminaria czy kursy internetowe. Taki spersonalizowany profil studiów towarzyszył mi od pierwszego roku, na którym była przewaga zajęć obowiązkowych, jednak było kilka zajęć „do wyboru” ze zróżnicowanej puli. Z każdym rokiem zajęć obowiązkowych ubywało na rzecz tych wybieranych (zapisy przez Internet). Plan zajęć też można było układać samemu, np. tak, aby mieć jeden dzień w tygodniu wolny. Co oprócz umiejętności zarządzania czasem i własną edukacją dały mi studia? Po pierwsze nieco doświadczenia w wykonywaniu eksperymentów: dość dużo zajęć praktycznych. Dużo ciekawsze i bardziej przydatne były te na wyższych latach, prowadzone w małych grupach, gdzie samodzielnie (lub w parach) wykonywało się doświadczania. Obecnie niezwykle doceniłam przydatność przedmiotu „bioinformatyka”, traktowanego trochę po macoszemu (i przez prowadzących i przez studentów). Chętnie do ćwiczeń dodałabym też uzupełniający kurs internetowy. Różnorodność zajęć i pomysłów na ich przeprowadzenie: zamiast rozwiązywania zadań na fizyce była „fizyka w doświadczeniach”, na mikrobiologii przemysłowej robiłam piwo (i je piłam), na niektóre wykłady prowadzący zapraszali gości z innych uczelni. Możliwość wyjazdu za granicę: Erasmus aby studiować i Praktyki Erasmus aby zdobyć doświadczenie. Możliwość uczenia się wielu języków obcych i wyboru zajęć sportowych. To zapewnił system żetonów, w każdym semestrze mogłam wybrać dowolny język na różnym poziomie zaawansowania. Obowiązkowy był jedynie egzamin z języka angielskiego. Czego mi zabrakło? Kursów internetowych „scientific english”oraz bioetyka. Przemyślanego programu wykładów, informacje naprawdę często się powtarzały. Dość rzadko pojawiały się zastrzeżenia, że na dany przedmiot można uczęszczać po zaliczeniu innych (podstawowych). Niestety zabrakło mi czasu na wiele ciekawych zajęć i wykładów, najczęściej dlatego, że pula zajęć „obowiązkowych do wyboru” była dość okrojona. Zdecydowanie marzy mi się powrót na studia, choć już nie-magisterskie! Zdjęcie pochodzi z tej strony Polecam notkę oraz rozważania na temat krzywego sufitu.
poniedziałek, 27 września 2010
Żadna nowość, bo takim stwierdzeniem mogę rozpoczynać każdy dzień. Nie ogarniam czasu lub też doświadczam dziwnych jego fluktuacji. Szczególnego przyspieszenia doznaję po godzinie czwartej, która omijając piątą płynnie przechodzi w szóstą a czasami jest jeszcze tyyyyyle do zrobienia. Pierwszą ofiarą niedoboru czasu padł niestety blog. Bo głowa pełna pomysłów jest, ale czas na ich realizację jest bardzo ograniczony. No ale wyznając skruchę obiecuję poprawę. Jednak są przyjemności, na które czas zawsze musi się znaleźć: jedzenie i dobre towarzystwo. Popadając niekiedy w nostalgię i tęsknotkę za krajem, (bo ona taka niewielka w sumie) oraz prawdziwą tęsknochę za rodziną i przyjaciółmi serwuję sobie „nasze” specjały (które najlepiej smakują w gronie znajomych). P.S. czy Wy też w Żywcu Porterze wyczuwacie nutkę sosu sojowego?
środa, 15 września 2010
Zbliża się jesień, na razie nieśmiało, w postaci chłodnego wiatru. Nie ma co się oszukiwać, nadszedł czas na pożegnanie z latem. Z tej okazji w niedzielne przedpołudnie został zorganizowany „laboratoryjny” piknik. Nie odbywał się on w laboratorium, lecz w gronie znajomych z pracy. Na świeżym powietrzu spotkali się pracownicy wraz z rodzinami, uzbrojeni w dobry humor i wyśmienite jedzenie: przystawki, dania główne, desery i napoje. W taki sposób to ja mogę żegnać lato co miesiąc! Królowała kuchnia azjatycka: obowiązkowy garnek do gotowania kleistego ryżu, różnego rodzaju dania na bazie makaronów (ryżowych, sojowych, ziemniaczanych) z dodatkiem warzyw, sushi, naleśniko-omlety, zupa z wołowiny i zielone, ostre curry. Wszystkiego spróbowałam! Kuchnia polska też prezentowała się dumnie: sałatka jarzynowa, pierogi z mięsem, kapustą i grzybami oraz ruskie. Nie zabrakło też chili con carne, sałaty z pomidorami i mozzarellą, oraz przysmaków z ciasta filo – tarty szpinakowej oraz roladek z szynka parmeńską i serem feta, lub serem feta i oliwkami (autorstwa niżej podpisanej). Stół słodki zastawiony był równie smakowicie – sałatka owocowa z żurawinami (wszystkie składniki były mistrzowsko-równiutko pokrojone), bardzo czekoladowe i bardzo ciężkie brownie, chińskie ryżowe zlepieńce z sezamem oraz największa atrakcja muffiny czekoladowo-migdałowe autorstwa Rodaka (muffiny wywołały entuzjazm nie tylko z powodu dobrego smaku, ale też, dlatego że upiekł je mężczyzna). Jeszcze milszy był poniedziałkowy ranek i popołudnie, gdy owe pyszności się dojadało. Inne grupy badawcze chyba nam pozazdrościły i niestety zwinęły cały pojemnik chili con carne. Dziś pojemnik, wraz z zawartością się znalazł, może jednak skruszony miłośnik cudzego chili postanowił je zwrócić (oby w niezmienionym składzie). Zobaczę, czy dożyję jutra!
niedziela, 12 września 2010
Boston to prawdziwe zagłębie medyczne liczące 30 szpitali. Naukowe zresztą też, jednak dziś będzie o medycynie, tej telewizyjnej. Muszę wybrać lekarza pierwszego kontaktu, czyli PCP z listy widniejącej na stronie ubezpieczyciela. Wybór jest dość trudny i tylko nieznacznie ułatwiają go uśmiechające się ze zdjęć twarze kandydatów. Niestety do Leśnej Góry mam daleko, a amerykańscy lekarze których znam nie przyjmują w Bostonie. Gdybym mieszkała w Chicago z pewnością wybrałabym któregoś z lekarzy z County General Hospital. Dr Mark Greene, Douglas Ross czy John Carter są mi dobrze znani, z pewnością nie tylko mnie.
Nie przyjmie mnie też sława telewizyjnej medycyny dr Gregory House oraz jego zgnębiona drużyna gdyż pracują w New Jersey w Princeton‑Plainsboro Teaching Hospital.
Nie dostanę też się do Seattle Grace-Mercy West Hospital, gdzie leczą serialowi chirurdzy.
Zatem kto leczy w Bostonie? No absolwenci Harvardu, szkoda tylko, że nie goszczą oni też na ekranach.
|